Zapytaj kilkunastu ekspertów internetowych, co tak naprawdę oznacza Web 2.0. Otrzymasz dwanaście różnych odpowiedzi. Niektórzy twierdzą, że jest to filozofia. Zestaw praktyk zaprojektowanych, aby zapewnić użytkownikom głębsze i bogatsze doświadczenia cyfrowe. Inni twierdzą, że to po prostu nowy zestaw aplikacji i technologii. Narzędzia, które znacznie ułatwiają wyszukiwanie informacji i komunikację z ludźmi w Internecie.
Potem przyjdą dziennikarze. Twierdzą, że termin ten to bezsensowny hałas. Chwyt marketingowy stosowany w celu promowania sieci społecznościowych.
Zanim zagłębimy się w debaty semantyczne, spójrzmy na pochodzenie. Wyrażenie pojawiło się w 2004 roku. O’Reilly Media i MediaLive International przeprowadziły burzę mózgów. Planowali konferencję. Celem było omówienie stanu sieci. Jego przyszłość. Oraz nowe techniki potrzebne do zapewnienia powodzenia.
Tim O’Reilly miał swój własny, specyficzny program. Założyciel i dyrektor generalny O’Reilly Media miał wiadomość, którą chciał przekazać. Pomimo krachu dot-comów w 2000 roku, sieć stanie się ogromnym generatorem przychodów. Nie umarł. Ewoluował.
Podczas tej sesji Dale Dougherty, wydawca O’Reilly Media, ukuł to sformułowanie. Do opisu nowego środowiska użył Web 2.0. Ten, który powstał po katastrofie. Wiele firm internetowych ogłosiło upadłość. Kilka ustalonych stanowisk przetrwało. Codziennie pojawiały się nowe strony. Zastosowali radykalnie odmienne modele biznesowe w porównaniu do witryn komercyjnych, które istniały przed krachem.
Nikt jednak nie miał jasnej definicji. Jeśli istniała Web 2.0, czy to oznacza, że istniała także Web 1.0? Użycie „2.0” oznaczało poprawę. Nowa generacja witryn. Nie było jednak zgody co do tego, co ich różni.
We wrześniu 2005 roku Tim O’Reilly opublikował wpis na blogu. W końcu zdefiniował to pojęcie. Wyjaśnienie zajęło pięć stron. Zawierał tekst i grafikę. To ilustruje jego rozumienie znaczenia tego terminu.
Filozofia O’Reilly’ego obejmowała trzy główne idee:
- Wykorzystanie sieci jako platformy dla aplikacji
- Demokratyzacja przestrzeni internetowej
- Zastosowanie nowych metod rozpowszechniania informacji
Przyjrzymy się każdemu z tych punktów. Przyjrzymy się także debacie na temat tego, czy Web 2.0 jest praktyczny.
W następnej sekcji przyjrzymy się, co to znaczy używać Internetu jako platformy.
Podejście Tima O’Reilly’ego do filozofii Web 2.0 nakreśliło wyraźną granicę. Zanim pękła bańka internetowa, firmy takie jak Netscape miały obsesję na punkcie sprzedaży określonego produktu. Przeglądarka Netscape Navigator była urządzeniem, które można było kupić – samodzielnym oprogramowaniem, które służyło jako punkt wejścia do pakietu innych aplikacji. To był tradycyjny model.
O’Reilly argumentował, że nowa era wymaga zmiany. Web 2.0 nie sprzedaje produktu. Ona zapewnia obsługę.
Podręcznikowym przykładem tych zmian stał się Google. Wartość giganta wyszukiwania nie była powiązana z kluczem licencyjnym ani dyskiem CD-ROM. Chodziło o to, że była to usługa wieloplatformowa. Dostęp do Google można uzyskać z komputera PC, Mac lub urządzenia mobilnego. Interfejs się zmienił, ale podstawowa funkcjonalność pozostała niezmieniona. Model ten oderwał się od ustalonej struktury biznesowej branży oprogramowania. Użytkownicy nie musieli kupować konkretnych pakietów, aby uzyskać dostęp do potrzebnych im narzędzi.
Motorem tego procesu była wyspecjalizowana baza danych – wyniki wyszukiwania. Dane te ściśle współpracowały z oprogramowaniem wyszukującym. Zabierz bazę danych, a wyszukiwarka stanie się bezużyteczna. Usuń aplikację wyszukującą, a baza danych stanie się bałaganem, którego nikt nie będzie w stanie pojąć. Magią była integracja.
Tworzenie bogatego doświadczenia użytkownika
Używanie Internetu jako platformy oznaczało stworzenie, jak to określił O’Reilly, bogatego doświadczenia użytkownika. Nie chodziło tylko o strony statyczne. Dotyczyło to aplikacji i apletów — małych, samodzielnych programów osadzonych na większych stronach internetowych, dzięki którym przeglądanie było przyjemniejsze.
Weźmy Twittera. Podstawowa koncepcja jest boleśnie prosta: wyślij wiadomość do sieci znajomych poprzez podstawowy interfejs. Ale siła tkwi w otwartości. Twitter udostępnił część swojego API zewnętrznym programistom. Dostęp ten umożliwił zewnętrznym programistom tworzenie nowych narzędzi w oparciu o podstawową funkcjonalność Twittera.
Weźmy Twitterific, klienta komputerowego dla komputerów Mac opracowanego przez Iconfactory. Nie został stworzony przez samego Twittera. Była to aplikacja innej firmy, która integrowała usługę Twitter ze środowiskiem graficznym. Twitter nie stworzył Twitterific. Po prostu dostarczyli surowe dane i klucze API, które to umożliwiły. To podejście ekosystemowe umożliwiło rozwój innowacji poza główną firmą.
Facebook poszedł tą samą drogą. W 2007 roku udostępnili swoje API zewnętrznym programistom. W krótkim czasie pojawiły się setki nowych aplikacji wykorzystujących Facebooka jako platformę. Uczestnicy mogli wybierać spośród kilkudziesięciu aplikacji, aby dostosować swoje wrażenia z oglądania. Strona przestała przypominać miejsce docelowe, a bardziej system operacyjny służący do interakcji społecznych.
Usługa i dostęp, jakie zapewnia witryna internetowa, stanowią ważną część filozofii Web 2.0 i są powiązane z ideą demokratyzacji sieci.
To przejście w kierunku otwartych usług i interfejsów API jest bezpośrednio związane z demokratyzacją sieci. Mówimy o porzuceniu zamkniętych ekosystemów. W następnej sekcji przyjrzymy się, jak zwykli ludzie wchodzą w interakcję z Internetem i jak go zmieniają.
Wszystko proste
Istnieje cienka granica pomiędzy bogatym doświadczeniem a bałaganem. Chociaż zapewnienie dobrego doświadczenia użytkownika (UX) jest niezbędne, nadmiar może zabić usługę. Zbyt wiele opcji lub zagmatwany system wyłączy przeciętnego użytkownika.
Złożony system może zainspirować małą grupę entuzjastów, ale nie będzie miał skali. Aby stworzyć dużą bazę klientów, należy zoptymalizować usługę. Prosty.
Wszyscy byliśmy w takiej sytuacji. Odwiedzasz witrynę przeładowaną animacjami Flash, odtwarzaczami multimedialnymi i interaktywnymi widżetami. Dla znającego się na technologii użytkownika posiadającego szybkie łącze światłowodowe jest to plac zabaw. Dla przeciętnego gościa korzystającego z wolnego połączenia jest to po prostu hałas. Dźwięk i wściekłość, nic nie znaczące.
Jeśli próg wejścia jest zbyt wysoki, usługa nie działa. Prostota to nie tylko preferencja projektowa, ale konieczność biznesowa.
Demokratyzacja sieci
Przejdź od biernego czytania do aktywnego uczestnictwa
Pod koniec lat 90. Internet przestał być cyfrową broszurą. Wczesne strony internetowe były statyczne. Były to cyfrowe billboardy. Spojrzałeś. Skonsumowałeś zawartość. I ruszyli dalej. To była ulica jednokierunkowa, jak telewizja. Firmy kontrolowały program. Użytkownicy mieli głos, ale nie mieli mikrofonu.
Potem nastąpiła zmiana. Demokratyzacja sieci całkowicie zmieniła zasady gry. Nie chodziło już tylko o dostęp. Chodziło o wkład. Amazon zauważył to wcześniej niż ktokolwiek inny. Pozwoliły użytkownikom pisać recenzje książek. Nagle każdy może stać się krytykiem. Inni kupujący korzystali z tych recenzji przy podejmowaniu decyzji o zakupie. Społeczność zaczęła kształtować proces wyszukiwania. Wartość nie była już narzucana przez firmę. O tym zdecydował tłum.
To jest istota Web 2.0. To nie jest aktualizacja oprogramowania. To jest filozofia. Zakłada, że użytkownicy chcą wchodzić w interakcję. Chcą tworzyć. Kiedy platforma słucha, co robią użytkownicy, tworzy lojalność. Strony statyczne są martwe. Dynamiczne przetrwają.
Używanie inteligencji zbiorowej
Tim O’Reilly nadał tej zmianie nazwę. Nazwał to wykorzystaniem inteligencji zbiorowej. Pomysł jest prosty. Witryny ukształtowane dzięki wkładowi użytkowników ostatecznie osiągną lepsze wyniki niż te, które tego nie robią. Stają się miejscami bardziej atrakcyjnymi. Bardziej przydatne. Dokładniejsze.
Wikipedia jest tutaj podręcznikowym przykładem. Opiera się na społeczności świadomych użytkowników, którzy monitorują i pielęgnują treść. Teoria jest taka, że tłum koryguje się sam. Strony mogą edytować zarówno eksperci, jak i amatorzy. Rezultatem jest żywy dokument.
Ale jest niuans. Ponieważ każdy może wnieść swój wkład, dokładność nie jest gwarantowana. Możesz natknąć się na fałszywe informacje. Lub znajdź go celowo. Nie ma tu żadnej odpowiedzialności. Nie możesz pozwać ducha. System opiera się na zaufaniu do tłumu, a nie do jednego autora. To jest ryzyko. Wysokie oprocentowanie.
Tagi i ludziesonomia
Jak znaleźć cokolwiek w tym chaosie? Dodaj tag.
Tagi to etykiety. Umożliwiają użytkownikom powiązanie informacji z określonymi tematami. Widzisz je wszędzie. Wpisy na blogu. Przesłane obrazy. Albumy fotograficzne. To prosty mechanizm o ogromnym wpływie. Gdy oznaczysz coś wyszukiwanym hasłem, stanie się to możliwe do wykrycia. Jeśli inny użytkownik będzie szukał tego zapytania, Twoja treść pojawi się w wynikach.
To jest folksonomia. System klasyfikacji zrodzony od dołu do góry. To nie jest katalog bibliotekarza. To nie jest taksonomia korporacyjna. Użytkownicy po prostu tagują to, co ich interesuje. Dzięki temu wyszukiwanie jest szybsze. Bardziej wydajny. Mniej twardy. Dostosowuje się wraz z ewolucją języka.
Oprogramowanie typu open source
Zagadka demokratyzacji nie jest kompletna bez kodu. Oprogramowanie typu open source wywraca do góry nogami tradycyjny model. Kupowałeś produkt. Nie widziałeś jego „silnika”. Teraz programista zaprasza Cię do obejrzenia. Być może nawet poeksperymentować.
Możesz przestudiować kod. Zmień to. Zrób to szybciej. Lub użyj go jako podstawy do stworzenia czegoś zupełnie nowego. Celem jest zapewnienie lepszej jakości. Jeśli kod jest otwarty, każdy może go przetestować. Każdy błąd można wykryć. Tłum staje się działem kontroli jakości.
To potężna zmiana. Od zamkniętych pudełek po otwarte laboratoria. Od konsumentów do współtwórców.
Rozpowszechnianie informacji
Przed krachem dot-comów statyczne strony internetowe były normą. Administratorzy rzadko je aktualizowali. Tekst i obrazy pozostawały tam niezmienione przez miesiące. Następnie udoskonalono oprogramowanie do edycji. Codzienne wprowadzanie zmian w treści stało się łatwe.
Niektóre witryny pozostały statyczne. Większość właśnie to zrobiła. Ale niektórzy próbowali czegoś innego. Chcieli szerzyć informacje, a nie tylko być online.
Przejdź w stronę dystrybucji
syndykacja internetowa wchodzi na scenę. Mianowicie Naprawdę prosta dystrybucja (RSS ).
Zmieniło to sposób, w jaki użytkownicy korzystają z danych. Zamiast odwiedzać witrynę, aby sprawdzić, czy się zmieniła, zasubskrybowałeś. Kiedy administrator opublikował nowy materiał, otrzymałeś aktualizację. To było podejście proaktywne.
Programiści stworzyli aplikacje desktopowe dla systemów Windows i Mac. Te czytniki RSS mieszkały na Twoim pulpicie. Możesz przeglądać swoje ulubione witryny bez otwierania przeglądarki. Brak zakładek. Brak nawigacji. Tylko aktualizacje.
Eksplozja bloga
Potem pojawiły się blogi. Zaskoczyli wszystkich.
Osobiste strony internetowe istniały już wcześniej. Służyły jako cyfrowe CV lub prezentacje hobby. Blogi były inne. Miały charakter chronologiczny.
Czytelnicy najpierw zobaczyli najnowszy wpis. Mogli wrócić do archiwów. Mogli prześledzić historię od początku do końca. To była oś czasu, a nie katalog.
Blogi rozprzestrzeniają się szybko. Jedna osoba coś czyta. Pisze o tym. Czytają to jego czytelnicy. Potem znowu o tym piszą.
Firmy marketingowe nazywają to marketingiem wirusowym. To jest potężne. To jest tanie. Publiczność wykonuje dzieło rozpowszechniania. Firmy to zauważyły. Zaczęli zwracać na to uwagę.
Znaczenie linków bezpośrednich
Blogi potrzebowały określonej struktury linków. permalinks pojawiają się na zdjęciu.
Link bezpośredni to hipertekst link do jednego konkretnego wpisu. Nie na stronie głównej. I na konkretny post.
Bez nich udostępnianie linków byłoby bałaganem. Linki prowadziły do strony głównej. Ta strona jest stale aktualizowana. Link może prowadzić do wpisu z dnia wczorajszego lub wpisu z przyszłego tygodnia. To powoduje zamieszanie.
Linki bezpośrednie zakotwiczają ścieżkę. Widzisz świetną dyskusję. Wysyłasz link. Twoi znajomi od razu pójdą do tego tekstu. Bez wyszukiwania. Żadnych domysłów.
Poza pulpitem
Web 2.0 to nie tylko oprogramowanie. Dotyczyło to także sprzętu.
Internet rozszerzył się poza komputery stacjonarne. Telefony komórkowe uzyskały łączność z siecią. Do sprawy włączyło się PDA. iTunes firmy Apple zsynchronizowany z iPodem. Internet rozszerzył się, aby zmieścić się w kieszeniach i dłoniach.
O’Reilly zauważył tę zmianę. Internet nie ograniczał się już do ekranu na biurku. Był wszędzie.
Zabierz swój podcast na otwarty ocean
Ta ewolucja doprowadziła do pojawienia się podcastów.
Podcasty łączą w sobie najlepsze rozwiązania z poprzednich technologii. Zastosowali chronologiczną strukturę bloga. Wykorzystali model subskrypcji RSS. Korzystali z urządzeń mobilnych, takich jak iPody.
Była to informacja na żądanie, gdziekolwiek.
Po nich pojawiły się wideoblogi, czyli wideoblogi (vlogi). YouTube uczynił je popularnymi. Nie tylko czytałeś i słuchałeś. Spojrzałeś.
Sieć stała się dynamiczna. Interaktywny. Przenośny.
Niektórzy przedstawiciele społeczności technologicznej wciąż spierają się na temat terminu Web 2.0. Mówią, że to tylko modne hasło. Twierdzą, że sieć zawsze ewoluowała.
Ale zmiana była prawdziwa. Narzędzia się zmieniły. Zachowanie się zmieniło.
Podcasty to udowodniły. Możesz nosić internet w słuchawkach. Możesz zasubskrybować film. Granica między nadawcą a słuchaczem zatarła się.
Czy to naprawdę jest nowa sieć? A może po prostu stary, z lepszymi narzędziami?
Definicje mogą stać się niejasne. Ale wpływ jest oczywisty. Przestaliśmy czekać na aktualizacje. Zaczęliśmy o nie pytać.
A teraz, dzięki urządzeniom wideo i mobilnym, ignorowanie treści staje się jeszcze trudniejsze. Co dalej? Coś szybszego. Coś bardziej ekscytującego. Sieć się nie kończy. Po prostu robi się głośniej.
Debata wokół Web 2.0
Napis „Web 2.0” wywołał burzliwą dyskusję. Niektórzy twierdzili, że jest to określenie pozbawione znaczenia. Inni twierdzili, że zdefiniowało to nową erę Internetu. Debata skupiła się wokół tego, co dokładnie oznacza ten termin.
Tim Berners-Lee, twórca sieci WWW, całkowicie odrzucił tę koncepcję. W wywiadzie dla IBM developerWorks nazwał to żargonem. Powiedział, że nikt nie wie, co to znaczy. Dla niego sieć zawsze była związana z połączeniem. Nie było żadnej rewolucyjnej zmiany. Filozofia została już wbudowana w projekt.
Odmienne stanowisko zajął Russell Shaw, autor książek o telekomunikacji. W 2005 roku napisał, że określenie to było jedynie hasłem marketingowym. Przyznał, że istnieją odrębne elementy. Twierdził jednak, że nie mieszczą się pod jednym dachem. Ich cele są ze sobą sprzeczne. Zakres jest zbyt szeroki, aby stanowić jedno pojęcie.
Jay Fenberg, ekspert architektury informacji, nazwał to koncepcją patrzenia wstecz. Zauważył, że termin ten ukuł O’Reilly. W ciągu roku stał się przynętą. Firmy technologiczne przyjęły to modne hasło, aby wyglądać na innowacyjne. To zamazało pierwotne znaczenie. Termin ten stał się narzędziem budowania marki, a nie definicją techniczną.
Paul Graham, eseista i inwestor, zmienił zdanie. Początkowo odrzucił Web 2.0 jako modne hasło. Później wycofał swoją opinię po tym, jak Tim O’Reilly opublikował swoją definicję. Graham przyznał, że termin ten początkowo nie miał sensu. Nabrało definicji, gdy ludzie analizowali obecny stan sieci. Dla niego chodziło o prawdziwe połączenia użytkowników. Chodziło o większą interaktywność.
Andrew Kee przedstawił ostrą krytykę. Self-publishing i blogowanie nazwał „cyfrowym narcyzmem”. Nie kwestionował istnienia Web 2.0. Zapytał, czy to dobry pomysł. Ludzie pobierają ogromne ilości danych. Nikt ich nie czyta. Instytucje wysokiej jakości cierpią. Wszyscy są zbyt zajęci publikowaniem opinii, aby szukać dobrych informacji.
Setki postów na blogach omawiały ten termin. Czy to krok naprzód, czy zanikający slogan? Jest za wcześnie, żeby to stwierdzić. Jednak te koncepcje są używane w całym Internecie.
Hałas, hałas, hałas!
Wielu uważa, że termin ten stracił swoje znaczenie. Teraz to tylko modne hasło. Niektórzy eksperci całkowicie tego unikają. Preferują precyzyjne terminy, takie jak media społecznościowe. Inni stosują demokratyzację sieci. Te zwroty opisują zmianę bez bagażu liczby 2.0.
Często zadawane pytania
Co pierwotnie oznaczało Web 2.0?
Termin został ukuty w 1999 roku przez Darcy’ego DiNucci’ego. Była konsultantką w firmie Microsoft. Użyła go do opisania rozwijającej się sieci. Cechowały go aplikacje webowe. Umożliwiły użytkownikom współpracę i udostępnianie informacji online.
Co to jest Web 2.0 i podaj przykład?
Opisuje nową generację społeczności internetowych. Kładzie nacisk na współpracę i udostępnianie online. Media społecznościowe są kluczowe. Korzystają z Internetu, aby łączyć ludzi o podobnych zainteresowaniach. Przykładami są Facebook, Twitter i LinkedIn.
Jakie są przykłady aplikacji Web 2.0?
Do popularnych aplikacji należą sieci społecznościowe, takie jak Facebook i Twitter. Najlepszymi przykładami są także witryny do udostępniania plików wideo, takie jak YouTube. Platformy blogowe, takie jak WordPress, uzupełniają listę.
Jeszcze więcej informacji
Powiązane artykuły
– Jak działa BitTorrent
– Jak działają blogi
– Jak działają wirusy komputerowe
– Jak działa Facebook
– Jak działają hakerzy
– Jak działa sieć domowa?
– Jak działa infrastruktura internetowa
– Jak działają wyszukiwarki internetowe
– Jak działa Myspace
– Jak działają systemy operacyjne
– Jak działa podcasting
– Jak działają strony internetowe
Inne świetne linki
– Blog Tima O’Reilly’ego
– Szczyt Web 2.0
– Inicjatywa Otwartego Źródła
Źródła
– Fenberg, Jay. „Koniec ery web 2.” sieć iCite. 1 października 2005
— Graham, Paweł. „Sieć 2.0”. PaulGraham.com. Listopad 2005
– Keen, Andrew i David Weinberger. „Odpowiedz wszystkim” The Wall Street Journal Online. 18 lipca 2007
– Kelly, Kevin. „Jesteśmy siecią”. Przewodowy. sierpień 2005
– Laningham, Scott. „Wywiad z deweloperemWorks: Tim Berners-Lee.” IBM-a. 22 sierpnia 2006
– O’Reilly, Tim. Radar O’Reilly’ego.
– O’Reilly, Tim. „Co to jest Web 2.0.” O’Reilly Media. 30 września 2005
– Pokaż, Russellu. „Web 2.0? Nie istnieje.” ZDNet. 15 grudnia 2005
— Van der Wal, Thomas. „Web 2.0 umarł?” vanderwal.net. 19 grudnia 2005






























